Menu

Wojciech Czuchnowski

WILK TYŁEM, czyli moje nie zawsze słuszne poglądy na wszystko

Słonimski, Polska, trudna miłość

czuchnowski

 

Długo nie mogłem odnaleźć pochodzącego z 1938 r. wiersza Antoniego Słonimskiego. Słonimski napisał go w apogeum antysemityzmu przedwojennej Polski - getto ławkowe, numerus clausus, bicie na ulicach,"nie kupuj u Żyda",  agresja prasy, Kościoła, "narodówka" triumfująca na Warszawie i na prowincji...Przed laty ten wiersz pokazał mi ktoś, kto tłumaczył mi trudną miłość do Polski Polaków żydowskiego pochodzenia. Ludzi - jak Słonimski -  zanurzonych w polskości, cytujących romantyków, na wyrywki znających polską literaturę,Wyspiańskiego, Żeromskiego, Sienkiewicza, Reymonta... ciągle dyskutujących o Polsce, chorych na Polskę. 

Polskę, która w ich marzeniach była bytem nierzeczywistym choć pięknym i szlachetnym a w rzeczywistości często ich odrzucała, wyszydzała, spychała na margines, odmawiała bycia Polakami. 

Nawet wyrzucani z niej, nigdy do końca się na nią nie obrazili. W emigranckich mieszkaniach Paryża, Sztokcholmu czy Tel Avivu ciągle toczyli z nią i o nią spory. Tak naprawdę cały czas w niej żyli. 

O tym jest ten wiersz. Człowiek, który mi go po raz pierwszy przeczytał powtarzał go wiosną 1968, gdy wyrzucano ostatnich Żydów, Zwłaszcza ten fragment o Warszawie:  "W mieście moim. rodzinnym czasami jak złodziej
/Pod ścianą biegnę chyłkiem, pod każdym spojrzeniem
/Jak pies obcy się chyląc, ścigany kamieniem."

Został w Polsce, tak jak został Słonimski, który przepowiedział to w tym wierszu:

"Warszawo, wierszy moich młodzieńczych stolico
Próżno wabią mnie czary zamorskich ogrodów:
Do końca już, do końca przejdę tą ulicą,
Po której chodził ojciec mój, kiedy był młody.
Jak jeden z tych przechodniów, co giną za rogiem.
Przejdę i minę, może nie znany nikomu,
Lecz serce me zostanie jak kwiaty pod progiem
Rodzinnego, a przecież zamkniętego domu."

Najlepiej po prostu przeczytajcie cały ten wiersz (przepraszam za podkreślenie niektórych fragmentów :)

 

Do  przyjaciół w Anglii. . .

Do Anglii biegnę myślą. Na wzgórzach Kornwalii
Kwitną cynie i dzwonią dzwoneczki konwalii.
W drodze do Yarmouth, w oberży z czasów Dickensa,
Sos miętowy podają do zimnego mięsa.
Może siedzisz tam z Emmie i z drewnianej ławy
Patrzysz na białe żagle rybackiej wyprawy,
A może, droga Agnieszko, w czarnym zimowym futerku
Pierwsze fiołki kupujesz na Piccadilly Circus?
Stojąc w chłodny poranek na rogu ulicy Puławskiej,
Wspominam was jak z książek najmilsze obrazki.
Chciałbym może czasami, po cóż to ukrywać,
Uciec od was jak Conrad, by po morzu pływać,
Po niebieskim globusie plamą atramentu
Płynąć, jak płynie Nike na przedzie okrętu,
Bez rąk, bez głowy, tylko ze skrzydłami.
Chciałbym z mórz południowych, stęskniony za wami,
Wracać mglistą Tamizą i w portowym tłoku
Najmilsze wasze twarze odnajdować w mroku.
Do Anglii biegną myśli, lecz nim dobiec zdążą,
Wracają i jak ptaki niespokojne krążą.
Po uliczkach warszawskich i starych dzielnicach
Jak po mieszkaniu chodzę pustym, myśląc o rodzicach.
Przeszłość jest mą ojczyzną. Teraźniejszość - krajem,
Od którego się różnie mową, obyczajem.
Jak podróżnik w dalekie zabłąkany strony,
Podniecony przestrzenią i zaciekawiony,
Zmęczy się kolorową dla oczu nowością,
Tak ojczyznę wspominam razem z swą młodością.
Kiedyś w domu rodzinnym przy lampie gazowej
Pamiętam nasze młode, pochylone głowy,
Gdy nad książką zebrani razem, bliscy płaczu,
O żołnierzu czytaliśmy wiernym tułaczu.

Dziś, wyznać muszę, choć to niełatwo przychodzi,
W mieście moim. rodzinnym czasami jak złodziej
Pod ścianą biegnę chyłkiem, pod każdym spojrzeniem
Jak pies obcy się chyląc, ścigany kamieniem.

Dlaczego nie przyjeżdżam i nie mieszkam z wami?
Smutna to jest historia. Osądźcie ją sami.
Może Niemiec porzucić swój kraj, jeśli woli,
Może nim gardzić, bo go nie widział w niewoli.
Ale jak nam uciekać, nam, którzy wolności
Kraju swojego długo czekali w młodości,
Nam, którzy z dawnych Polaków cierpieniem
Jedną żyli rozpaczą i jednym marzeniem?
Ścigani nienawiści podejrzliwym wzrokiem,
Dzisiaj oto błądzimy tak niepewnym krokiem,
Jak służąca o kradzież w domu posądzona,
Choć jeszcze na pokojach, lecz już odprawiona.

Łatwo uciec, podróżne spakować walizy,
Ale co zabrać z sobą nad brzegi Tamizy?
Łatwo znaleźć weselsze niż północna sosna
Drzewa i ziemię lepszą od piasków Mazowsza,
Kraje, gdzie krótsza jesień i wcześniejsza wiosna.
Lato bujne, upalne i zima surowsza.
Bystre rzeki o brzegach bardziej malowniczych,
Miasta nie zżarte smutkiem, brudem i ubóstwem,
Łatwo odnaleźć niebo, co pełne słodyczy
W pogodnej fali morza złotym świeci lustrem.
Łatwo wyrzec się gruszy, co na miedzy polnej
Brzęczy liściem. I chmury sennej i powolnej,
Płynącej nad łąkami, srebrzystej w kolorze,
Złotą plamą odbitej na cichym jeziorze.

Mógłbym już nie wybiegać tęsknymi myślami
Do tych pól podzielonych krzywdą i płotami.
Nie tęsknić do wierzb starych i przydrożnych krzaków,
Piękniejszy znaleźć ogród niż park Wereszczaków.
Mógłbym nie tęsknić za tym chmurnym niebem,
Zapomnieć smaku wzgardy pomieszanej z chlebem,
Lecz jakże mi zapomnieć, że w młodzieńcze lata
Wiersz pisany po polsku był sumieniem świata?
Chociaż wiem, że te rymy w zapomnieniu zginą:
Lecz miejsce dla nich w sercu zachowam sekretne,
Bo jakże mi utracić rzecz jedną jedyną,
Wszystko, co w życiu miałem czyste i szlachetne?
Bo cóż by warte były bunty i cierpienia,
Gdyby kiedyś w godzinę zdobytej wolności
Nie miały się przerodzić w cierpień zrozumienie
I gdyby przyrodzony głód sprawiedliwości
Stawał się tylko narzędziem, a celem
Było zdobycie władzy pośród możnych świata,
Gdyby się lud gnębiony stawał gnębicielem
I w dłoń przebitą gwoździem chwytał miecz Piłata?

Warszawo, wierszy moich młodzieńczych stolico
Próżno wabią mnie czary zamorskich ogrodów:
Do końca już, do końca przejdę tą ulicą,
Po której chodził ojciec mój, kiedy był młody.
Jak jeden z tych przechodniów, co giną za rogiem.
Przejdę i minę, może nie znany nikomu,
Lecz serce me zostanie jak kwiaty pod progiem
Rodzinnego, a przecież zamkniętego domu.

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • poltiser

    Nierównowaga tradycji, obce kulturowo mity, narzucony mongolski styl rządzenia pomieszany z bliskowschodnią tradycją jedynie słusznej religii - całkowita i totalna dominacja intryg Ochrany, ciągle wszechobecnych, choć Ochrany już nie ma od bez mała 100 lat
    Patriotyzm Kadłubowy.
    Bez Koncertu Jankiela Pan Tadeusz nie miałby patriotycznej muzyki.
    W Nowej Ziemi Obiecanej na pamiątkę mądrego Króla gdzie się nie obrócisz - Kazimierz
    Dlaczego chcemy z Naszego Kraju na siłę zrobić mono-etniczne getto?

    Pozdrawiam.

  • jol-ene

    smutna to jest historia. a wiersz poruszający i piękny.

© Wojciech Czuchnowski
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci